wtorek, 25 kwietnia 2017

To co we mnie najpiękniejsze :)


Idąc za ciosem, kładę Was na kozetce, jak to podsumowała Rucianka ;)
A właściwie nie kładę i nie na kozetce, ale stawiam Was przed zwierciadełkiem, o!
Pochwalcie się, co już lekko przećwiczyłyśmy pod poprzednim postem, i napiszcie, proszę, co Wam się w sobie najbardziej podoba, jaka część ciała :) Czy eksponujecie ją, czy z przyjemnością na nią spoglądacie, czy koleżanki Wam zazdroszczą ? ;) A może na ten piękny kawałek Was poderwałyście męża  czy partnera ? A może tych uroczych elementów Waszego ciałka jest więcej ?
Idę więc na pierwszy ogień -  mogę powiedzieć, że zawsze lubiłam swoje oczy. 
I nie tylko ja je lubiłam ;)
sonic

środa, 19 kwietnia 2017

Twoje zalety

                                                   Z dedykacją dla Was :)


Tak trochę nawiązując do poprzedniego posta mam do Was pytanie- jakie są Wasze zalety?
 Jakie są Wasze mocne strony?
 Czy potraficie mówić o nich bez skrępowania ?
 Czy przychodzi Wam to łatwo ?
Czy uważacie, że powinno się mówić o sobie dobrze?
Czy mamy prawo sami powiedzieć o sobie, że jest się mądrym, inteligentnym, dobrym ?
Czy łatwiej się takiej osobie/ Wam z tym żyje? 
Jak traktujecie osoby, które tak o sobie same mówią, mają wysokie poczucie własnej wartości ?
Co ewentualnie można zrobić, by podnieść sobie samoocenę ?
Będę wdzięczna za Wasze wpisy :)
Proszę tylko, nie mówcie o swoich ewentualnych wadach, bo jak je nawet macie, bo każdy je ma, to jednak skupmy się na zaletach.
Wiem, że je macie, macie ich mnóstwo, bo trochę już Was znam :P

Wasza sonic obdarzona dużą intuicją ;)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Do czego służy blog ?


Czas świąteczny minął.
Dla mnie był to czas spotkania w gronie rodzinnym. Co prawda kolejny raz okazało się, że moja rodzina to  bardziej wąskie grono, że tak to nazwę. Ograniczona do mojej sis, naszych dzieci i partnerów naszych dzieci, ale w tym gronie jest nam dobrze. Temat mojej matki chyba zamknęłam już raz na zawsze, w każdym razie na długo. To kobieta, która od lat mnie niszczyła, to osoba, która żywi się złymi emocjami, rozpamiętuje przeszłość. W moim życiu są/były tylko dwie tak destrukcyjne osoby- matka i teściowa. Z tą drugą nie widziałam się od 15 lat, ale o niej nie myślę i dawno przeszły mi dawne urazy. Po prostu wymazałam ją ze swojego życia. Cieszę się, że jest dobra dla moich dzieci.
Matkę trudno wymazać, tym bardziej jeśli funduje człowiekowi huśtawkę emocjonalną i atakuje w w najmniej spodziewanych momentach. Potem męczę się nocami, nie śpię, rozmyślam, przeprowadzam z nią rozmowy. W myślach. Z półtora roku temu też już tak było, myślałam, ze się uwolniłam. Byłam spokojniejsza. Przestałam myśleć, pogodziłam się z tym, że matki nie mam. Po przyjeździe  do Wrocka wydawało się, że nie wszystko stracone, że to się uda jakoś tak załatać,w końcu i ona i ja starzejemy się, żadna z nas nie wie, ile nam czasu zostało i której wcześniej zabraknie. Starałam się bardzo, by było w miarę normalnie, a mimo to ona "rządzi", knuje, udowadnia i niszczy mnie sukcesywnie. No więc zapisuję sobie tu wielkimi literami - KONIEC tego złego!
I proszę - nie piszcie nic na ten temat, żadnych pocieszeń, bo na to nie ma pocieszenia, to jest matka, która powinna być najlepszym przyjacielem swego dziecka, a nie jest.
W związku z tym, ale i z innymi sprawami myślałam ostatnio właśnie o tym- po co mi ten blog skoro się cenzuruję, skoro nie zawsze piszę o tym, co mnie boli, by z jednej strony się nie obnażać, a z drugiej strony by ten blog nie był taki jęczący, by nie było tu złych emocji ? By nie urazić nikogo, bo nie każdy ma poglądy zbliżone do moich tez czasami unikam pewnych tematów. Mogłabym pisać tylko o swoim piesku i dzieckach, no mogłabym, ale czy to wszystko , co powinno się tu znaleźć?
O pracy ? Niekoniecznie z pewnych względów, a i spektakularnych dokonań w niej nie miałam, więc .. ? :) Na pewno jest to miejsce do spotkań z ludźmi , których lubię i szanuję, do których sama lubię też zaglądać. Dzięki niemu poznałam fantastyczne kobiety, których w życiu nie mogłabym bez blogowania poznać.
No i tak to jest, że często są tu u mnie po prostu zwykłe chwilowe zachwyty czymś, krótkie chwile szczęścia, pewne obawy, pewne fascynacje, migawki z życia, do których czasem wracam , by przypomnieć sobie kiedy wydarzyło się to czy owo . I wyszło mi, że mój blog to taki pamiętnik z licznymi kartkami napisanymi atramentem sympatycznym.  Pytanie brzmi- Czy  ja te niewidzialne kartki będę kiedyś umiała odtworzyć?  Nie wiem, ale może to i lepiej, że one same z czasem na tyle wyblakną, że za kilka lat nie będą widoczne nawet dla mnie.
sonic
PS. A czym dla Was są blogi ?

piątek, 14 kwietnia 2017

moje Jare Gody


Za dwa dni święta Wielkanocne, dla wielu z Was ważne wydarzenie, dla mnie od jakiegoś czasu już tylko tradycja spędzania w gronie rodzinnym dwóch dni przy tradycyjnych potrawach i wspólnych rozmowach, radość z rozkwitającej wiosny,  dłuższego dnia, słońca i odradzającego się życia.
Nie święcę jaj, nie dzielę się nimi, ale przygotowuję kojarzące się z tymi świętami potrawy ( w tym roku zmodyfikowane, bo przestałyśmy jeść mięso, chociaż dla syna muszę coś ugotować wbrew sobie. )
Czy to mimo wszystko hipokryzja ? W moim odczuciu nie, bo przecież głęboko zakorzeniony w kulturze słowiańskiej zwyczaj malowania jaj, które były symbolem nowego odradzającego się życia,  to katolicy przejęli i włączyli do swoich obchodów wielkanocnych. 
Nie stałam się nagle wyznawczynią słowiańskich bóstw, nie nawróciłam się na religię przodków, ale w jakiś naturalny i zgodny z naturą sposób odczuwam to, co oni kiedyś przed wiekami czuli i co kultywowali tak długo, jak tylko mogli i co tylko udało się im przemycić, nie narażając się na śmierć czy tortury chrześcijan.
Jak widać z poniższego tekstu z Wikipedii, który trochę przereagowałam, tak naprawdę obrzędy wielkanocne są bardziej pogańskie niż  chrześcijańskie. 


Jare Święto (Jare Gody) – w kulturze słowiańskiej kilkudniowy cykl obrzędowy związany z zakończeniem zimy i powitaniem wiosny i jednocześnie najważniejsze święto w roku- dzień zwyciężał z nocą, a dobro zwyciężało zło.
Okres zwyczajów i obrzędów magicznych (znanych z przedchrześcijańskiej kultury ludowej Słowian) rozpoczynały przygotowania do symbolicznego przepędzenia zimy, które polegało na topieniu lub spaleniu słomianej kukły zwanej Marzanną, Morą lub Smertką. Odbywało się to zwykle w pierwszy dzień wiosny - przypadający w okolicy równonocy wiosennej, wypadającej (nie uwzględniając roku przestępnego) 21 marca. Nietrudno się domyślić, ze utopienie marzanny oznaczało śmierć zimy. W czasach prasłowiańskich wierzono, że zabicie postaci przedstawiającej boginię śmierci spowoduje jednocześnie usunięcie jej królestwa, czyli zimy, i nadejście wiosny. W prastarych czasach kukłę wykonywano ze słomy, owijano bandażami i kolorowymi szmatkami. Czyniono to przy trzaskaniu z batów, terkocie i klekocie grzechotek, śpiewie i grze na wszelkiego rodzaju instrumentach. Do dzisiaj z tego co pamiętam na wsiach nadal strzela się w nocy poprzedzającej zmartwychwstanie
Dalsza część przygotowań i zabiegów magicznych dotyczyła powitania wiosny i trwać mogła nawet do pierwszej porównonocnej pełni Księżyca. Chcąc przyspieszyć oczekiwane przyjście wiosny i słonecznych dni rozpalano na wzgórzach ogniska. Młodzi wyruszali na łąki i do lasu w poszukiwaniu wierzbowych i leszczynowych witek, z których następnie "budowali" wiechy. W celu "przepędzeniu starego, zasiedziałego zła" wietrzono i sprzątano domostwa oraz obejście, prano i szykowano świeże odzienie. Całe gospodarstwo obchodzono i okadzano ziołami każdy jego zakątek. Pieczono również placki (szczególnie wiosenne kołacze). Najważniejszym prasłowiańskim zwyczajem było jednak malowanie jajek – mających wnieść do domostw energię i radość życia oraz mających zapewnić urodzaj i powodzenie na cały rozpoczynający się wiosną nowy rok wegetacyjny.
Kulminacją tych przygotowań były zazwyczaj urządzane na świętych wzgórzach uroczyste uczty, podczas których organizowano igrzyska połączone ze śpiewem i tańcem oraz obdarowywano się kraszankami. Nazajutrz dzień rozpoczynano od obmywania się w świętej wodzie. Obchodzono również Śmigus – rytuał polegający początkowo na uderzaniu się nawzajem rozkwitłymi witkami. W późniejszym okresie oba te zabiegi magiczne – mające oczyścić oraz przynieść siłę i zdrowie – połączono w znany nam współcześnie zwyczaj Śmigusa Dyngusa. Wieczorem udawano się natomiast na mogiły przodków, gdzie pozostawiano dla nich jadło i wspominano zmarłych

Oczywiście Jare Święto było nie tylko okazją do psot i zabawy, miało też dla Słowian głęboki wymiar religijny. Tego dnia rodził się bóg Jaryło, patron Jarego Święta. To bóg płodności i wiosny, przedstawiany jako młodzieniec z wieńcem na głowie, siedzący na białym koniu, w jednym ręku trzymający pęk zboża, a w drugim ludzką głowę. „W obrzędach wiosennych zwanych także Jaryłą albo Kostrubą, wyobrażany był często jako kukła z wyolbrzymionym przyrodzeniem, mającym zapłodnić ziemię i przynieść wiosnę. Jaryło dokonuje aktu zapłodnienia za pomocą rosy albo wiosennego deszczu” – można przeczytać na stronie Rodzimej Wiary, współczesnych wyznawców religii Prasłowian.
(Tekst zaczerpnięty z Wikipedii i Newsweeka)

Powiem, że urzekła mnie ta rosa Jaryły, widać nasi przodkowie w swobodny sposób mówili i świętowali to, co naturalne i zgodne z ludzką naturą,  nie byli skrępowani kajdanami "grzechu" Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ta religia była u nas powszechna ;)



O Jaryło  zwanym w innych słowiańskich rejonach  Jaruna, Jarowit , który jest synem-córką Swąta-Światowida i Wspóry-Strąprzy lub Swąta i Głąbi-Powłoki można przeczytać  tu klik
    Dobrych świąt , kochani :)
 sonic 


niedziela, 9 kwietnia 2017

krew, pot i łzy

                                           a takie widoczki nieopodal Soniczkova

Nie miała Sonic kłopotu, postanowiła sobie odnowić stół.
Prawda jest taka, że ten zamiar miała od dawna, odkąd tylko styl shabby chic już jej obmierzł na dobre, a zachwyciła się wszystkim co z loftami związane. Ten styl wprowadzała już w Uć, ale łatwo nie było wszystko zmieniać, więc na Pietrynie było trochę pomieszanie z poplątaniem, co swój urok też miało.
Po przyjeździe do Soniczkova urządzała się powoli, mozolnie i z trudem, ale małymi kroczkami zaczęła się zbliżać , albo się jej tylko wydawało, ku wymarzonemu stylowi.
Ciągle czegoś też jej brakowało, na ogół pieniędzy. Zmiany więc następowały powoli i pewnie nie szybko wszystko uda się jej dopiąć, cóżżżż.....
No więc przyszła kolej na ściągnięcie białej warstwy farby ze starego stołu podarowanego kiedyś Sonic przez jej Ucką koleżankę, który to stół koleżanka ta odziedziczyła po swoje  zmarłej cioci, posiadaczce pięknych mebli, bibelotów i przeróżnych cudnych przedmiotów. Tą samą drogą Sonic stała się szczęśliwą posiadaczką kilku innych skarbów- starej pięknej drabiny, dwóch niemieckich szafek niciaków z milionem przegródek i szufladek, pamiętających świetność przemysłowej włókienniczej Łodzi. Ach, gdyby Sonic przewidziała, że kiedyś tą białą farbę przyjdzie jej ściągać specjalistycznym płynem do pozbywania się starych warstw farb, następnie je ścierać, myć, szlifować całość tysiącem różnych szczotek i szczoteczek, druciaków, metalowych wat i własnymi pazurami, to za uja pana by pędzla z białą farbą do ręki nie wzięła! Ale cóż, wówczas Sonic była glamour ! Za to teraz Sonic wygląda jak robotnica feudalna, obolała jakby ją pan wraz z plebanem kijem obili. Robotę podzieliła sobie ( z konieczności i bólu wszystkich członków) na dwa razy- na dwa weekendy. Trzeba przyznać, że w tej katorżniczej pracy dzielnie i ofiarnie pomagała jej Najstarsza. Straty w ludziach poważne- ból rąk, dłoni, nadgarstków, palców, krzyża, uda, pleców, paznokci brak. Za to stół wygląda ładnie. Co prawda wosk koloryzujący jest o kilka tonów ciemniejszy niż wyglądał próbnik w sklepie, co w sumie można by reklamować, ale nie ma takiej siły na świecie, która rozbujałaby Sonic ręce, by to jeszcze raz zdzierać. Stół po woskowaniu jest pięknie satynowy, delikatnie połyskujący i przyjemnie pachnie wanilią. Jutro czeka go ponownie pokrycie woskiem, wyszczotkowanie nylonową szczotką i pieszczoty bawełnianą ściereczką, ale to już mały pikuś, przy tym co się działo, gdy w połowie pracy część drewna była bez farby, z części zwisały żałosne farfocle, a część była prawie nieruszona , a tu sił było brak. W takim stanie nie można było stołu zostawić, jedynie wyrzucić go na śmietnik, a to byłby grzech okrutny  i niepowetowana strata ;)
Teraz do stołu trzeba kupić krzesła. Miały być różne, każde inne, ale Sonic już wie , że tak być nie może, bo w tej przestrzeni sprawia to tylko efekt bałaganu, a nie artystycznej wizji i nonszalancji, więc będą białe krzesła na drewnianych nóżkach, co rozjaśni przestrzeń nieco przyciemnioną dużym owalnym stołem. No ale na to trzeba będzie znów trochę poczekać.
Póki co ma  do sprzedania 3 komody i mus się ich pozbyć, bo zagracają tylko przestrzeń, nijak do niej nie pasując. Ino, że Sonic nie ma szczęścia coś sprzedać, łatwiej jej coś kupić ;)
Zdjęcia wrzucę jutro.

Były więc i pot i łzy.
Łzy były i są jednak jeszcze z innego, poważnego i bardzo smutnego powodu.
Wczoraj odeszła Małgosia, prawdziwa Dama słowa, Dobry  i Szlachetny Człowiek, Przyjaciel ludzi i zwierząt, Bohaterka i Patriotka. 
Na zawsze zostanie w mojej pamięci.

Apdejt- zdjecia, ale nie wiem czy widać różnicę ;)
Szkoda, ze nie zrobiłam w trakcie zdzierania białej farby, ale wówczas byłam w takim amoku i przerażona, że nie pomyślałam o robieniu dokumentacji







sonic

piątek, 31 marca 2017

wcale mi się nie nudzi

                                             
  Rzadko puszczam tu polskie piosenki, ale ta, mimo że trąca disco polo, 
wpadła mi w ucho i wyjść nie chce :)
Odwrotnie niż sugeruje jej tytuł, ja się nie nudzę, a wręcz na przeciwko, jak mawia pewien blogowy klasyk. Nowa praca póki co podoba mi się bardzo i zaczynam widzieć jej pierwsze efekty.
W ubiegłą sobotę byłam na blogowym spotkaniu u Gosianki Wrocławianki , gdzie spotkałam się z Panterką, Mariją i Edytą. Oczywiście było super i oczywiście zbyt krótko.
 Ale co się wyściskałyśmy , to nasze :) 
Poza tym oddychamy w Soniczkowie pełną piersią. Jest  tu pięknie, wiosna zaczyna gwałtownie przyspieszać, ptaki śpiewają na kilka głosów, tylko szkoda, że ja się  na nich nie znam i tak naprawdę nie wiem kto mi tak cudnie treluje.  

Tych przebiśniegów trochę wykopałam i zasadziłam już u siebie, ciekawe czy utrzymają się
 do przyszłego roku, na razie mają się dobrze. Oczywiście nie piszę o tych w wazoniku ;)
Pachnące narcyze też powędrują do skrzynek na tarasie, teraz pachną w pokoju.


Poza tym trzymamy się diety, z której wykluczyłam ssaki i dobrze nam z tym. Więcej warzyw jemy i to jest w tym najlepsze.
Dziecka do szkoły oczywiście dzisiaj nie puściłam, mimo, że nie wiem ilu takich rodziców było i czy nauczyciele strajkowali. Zresztą o polityce pisać tu już nie chcę.
 Po co sobie szambem blogaska brudzić?
Włażą wszędzie- do łóżka, do macic, do pracy, do szkoły, do lasów, banków, sklepów, wojska,
 szpitali .... kurwa mać... chociaż tutaj niech  ich nie będzie.
Dobrego weekendu 
sonic 

piątek, 17 marca 2017

ważne są tylko te dni...


Ważne są tylko te dni, których nie znamy, ważnych jest tych kilka chwil, na które czekamy.
Dzisiaj święto św. Patryka, dzień poczęcia mojej Najmłodszej, mojego szczęścia :)
Cały dzień o Niej myślałam, o jej Tacie ... a tu piosenka- nasza, dająca wówczas nadzieję na wspólne dobre życie, która nam kiedyś zagrała, mimo, że nie zanosiło się..... 
Wspólne było, dobre było ... na początku, ale dało zaczątek  Jej jestestwu.
I za to ten dzień lubię, bo dzisiaj skończyła tak naprawdę13 lat.
 W Soniczkowie w miarę ok, w pracy póki co ok, wichura porwała roletę, ptaki śpiewajo, dietę bez ssaków utrzymujemy, tv nie oglądamy, seriale  jak najbardziej, dużo się dzieje dobrego,
 dziwnego, złego... jak to  w życiu.
 Komuś bliskiemu sercu moce ślę, bo zasługuje na to co najlepsze, więc moją piosenkę dedykuję ...
Ona wie, ze to dla Niej ..